To nie jest koniec cyklu. To jest moment, w którym rynek chce cię złamać

Czas czytania w minutach: 4

Wszyscy dziś mówią jednym głosem: bessa, koniec cyklu, Bitcoin już „po wszystkim”. Narracja jest ciężka, lepka, duszna. Pełna zmęczenia. I właśnie dlatego jest podejrzana.

Bo prawdziwe szczyty hossy nigdy tak nie wyglądają.

Nie kończą się ciszą.
Nie kończą się ziewaniem.
Nie kończą się tym, że ludzie wzruszają ramionami na nowe ATH.

Hossa kończy się obłędem.

Kończy się wtedy, gdy każdy „wie”, że już tylko rośnie. Gdy taxi driver daje porady inwestycyjne. Gdy Coinbase jest numerem jeden w App Store, a ludzie pytają nie czy kupić, tylko co jeszcze. Gdy RSI pali się na czerwono, MVRV krzyczy „przewartościowanie”, a Pi Cycle zapala syrenę alarmową.

Tymczasem dziś?
ATH przechodzi niemal bez echa.
Retail nie istnieje.
Altcoiny leżą jak po wojnie.
A sentyment bardziej przypomina końcówkę bessy niż finał hossy.

I właśnie tu zaczyna się narracja kontrariańska.

Bo rynek finansowy nie jest mechanizmem nagradzania racji. Jest mechanizmem transferu cierpliwości. Zawsze zabiera pieniądze tym, którzy nie wytrzymali psychicznie, i oddaje je tym, którzy potrafili znieść nudę, frustrację i brak nagrody.

To, co dziś widzimy, to nie dystrybucja.
To wypychanie słabych rąk.

Cena idzie bokiem.
Dobre informacje kończą się dumpem.
Złe informacje ciągną się tygodniami.
Rynek robi wszystko, żebyś pomyślał: „to już nie ma sensu”.

I dokładnie w tym samym czasie:
instytucje akumulują,
ETF-y zasysają podaż,
państwa zaczynają mówić o rezerwach BTC,
a gracze długoterminowi kupują bez emocji.

To nie wygląda spektakularnie.
To wygląda nudno.
I dlatego działa.

Największym błędem większości jest przekonanie, że rynek „powinien już coś zrobić”. Że skoro minęło tyle czasu, skoro halving był, skoro historia mówi jedno – to cena musi reagować. A rynek nie musi nic. On tylko testuje, jak długo wytrzymasz bez dopaminy.

Bitcoin nie jest dziś słaby.
Słabi są ludzie.

Zmęczeni ciągłym czekaniem.
Wypaleni brakiem fajerwerków.
Rozczarowani tym, że „nie jest jak kiedyś”.

I właśnie dlatego to miejsce jest tak niewygodne. Bo wymaga czegoś, czego większość nie ma: spokoju.

Jeśli to byłby koniec cyklu – wiedzielibyśmy o tym.
Krzyczałby cały świat.
Wykresy byłyby przegrzane.
Euforia byłaby nie do zniesienia.

Tymczasem dziś dominuje jedno słowo: rezygnacja.

Więc prawdziwe pytanie nie brzmi:
Czy to koniec?

Brzmi:
„Czy to moment, w którym rynek chce, żebym się poddał?”

Bo historia Bitcoina pokazuje brutalną prawdę:
najwięcej pieniędzy nie robi się wtedy, gdy wszyscy wierzą,
tylko wtedy, gdy większość już przestała.

To, co dziś ludzie nazywają „końcem”, historycznie nigdy nim nie było. Koniec cyklu w Bitcoinie zawsze ma te same cechy:

  • masową euforię,

  • totalną obecność retailu,

  • przegrzane wskaźniki,

  • narrację „to już tylko rośnie”.

Tego nie ma.

Zamiast tego jest:

  • zmęczenie,

  • zniechęcenie,

  • boczniak,

  • brak nagrody za bycie „na rynku”.

To są objawy fazy, która łamie psychikę, nie struktury.

Gdyby to był koniec:

  • Fear & Greed byłby tygodniami w skrajnej chciwości,

  • MVRV krzyczałby „przewartościowanie”,

  • Pi Cycle Top już dawno by się zapalił,

  • altcoiny latałyby jak szalone,

  • każdy chciałby „jeszcze trochę dokupić”.

A jest odwrotnie.
Większość chce wyjść i mieć święty spokój.

To nie jest moment, w którym rynek rozdaje karty.
To moment, w którym sprawdza, kto je jeszcze trzyma.

Więc jeśli pytasz nie emocjami, tylko strukturą:

  • cykl nie wygląda na zakończony,

  • wygląda na przeciąganie liny,

  • na etap, w którym rynek robi wszystko, żebyś pomyślał: „to już nie ma sensu”.

Najgroźniejsze w tym miejscu jest jedno:
podjęcie decyzji tylko dlatego, że jest trudno.

Historia Bitcoina jest bezlitosna dla niecierpliwych.
Ale jeszcze bardziej dla tych, którzy mylą nudę z końcem.

Jeśli to byłby koniec, wszyscy byliby zachwyceni – a nie zmęczeni.

error: Zakaz kopiowania treści