Czas czytania w minutach: 5
Polska w eurowizji 2025

 

Polska w Eurowizyjnym Lustrze. A może to krzywe zwierciadło?

Kiedy Polska wysyłała Justynę Steczkowską na Eurowizję 2025, wielu z nas po cichu liczyło, że tym razem będzie inaczej. Że może, wreszcie, Europa dostrzeże nie tylko kunszt muzyczny, ale i wyjątkowość naszej kultury. Że może, dzięki połączeniu słowiańskiego mistycyzmu, efektownej wizualizacji i głosu, którego nie powstydziłyby się największe sceny operowe, Polska przebije się przez szum i dotrze do serc – a może i do głów – europejskiej publiczności.

Tymczasem skończyło się jak zwykle. Czternaste miejsce. Gorycz, ale i gorzka lekcja.

Bo Eurowizja to już od dawna nie konkurs piosenki. To geopolityczne widowisko z muzyką w tle. Kto z kim sympatyzuje, kto kogo unika, kto komu nie wybaczył, a kto komu nigdy nie pozwoli zabłysnąć zbyt mocno. Polska, niezależna, uparta, czasem niewygodna – nie mieści się w tej układance.

Nie pomoże nawet najbardziej nowoczesna scenografia, mroczna symbolika, doskonała choreografia. Nie pomoże artystka, która ma za sobą dekady doświadczenia i głos jak żywy kryształ. Bo problemem nie jest jakość. Problemem jest pochodzenie.

Europa – ta z telebimów, z eurowizyjnego konfetti i poprawnych wzruszeń – nie chce Polski, która patrzy w lustro i widzi siebie. Europie łatwiej zaakceptować nas w roli folklorystycznego przerywnika, niż jako poważnego gracza. A jeśli już mamy coś pokazać, to najlepiej, żeby było to z przymrużeniem oka, lekko przerysowane, egzotyczne – nigdy poważne i ambitne. Nie daj Boże, żebyśmy błyszczeli własnym światłem.

W tym sensie występ Steczkowskiej był zwycięstwem. Nie dla tabeli punktowej – ale dla naszej tożsamości. Pokazaliśmy, że potrafimy stworzyć coś, co ma głębię, klasę i charakter. Co nie jest kalką zachodnich trendów, ale ich artystycznym lustrem. I to lustro mówi jedno: tak, jesteśmy inni. I dobrze.

Dlatego mamy przed sobą dwie drogi. Albo dalej będziemy próbować grać w ich grę, prześcigać się w ekstrawagancji i przebraniu absurdu za sztukę – choć wiemy, że stolik jest już obstawiony. Albo zaczniemy grać po swojemu. Pokazywać Polskę z jej prawdziwą duszą: dumą, historią, siłą. I nie dla punktów, nie dla lajków, ale dla nas samych.

A może wreszcie powiemy „dość” i zrezygnujemy z udziału w widowisku, które od dawna nie ma nic wspólnego z muzyką, a wszystko z teatrem wpływów?

Bo Eurowizja już nie śpiewa. Ona przemawia językiem geostrategii. A Polska, jak widać, w tym języku zawsze dostaje rolę drugoplanową – niezależnie od tego, jak bardzo się stara.

 

Eurowizja-2025
Eurowizja-polska-ukraina

 

Dwanaście punktów – lustro wdzięczności

Był taki moment podczas Eurowizji 2025, który zapadł w pamięć bardziej niż niejedna piosenka. Rozdanie punktów. Gdy przyszedł czas na Ukrainę, wielu Polaków wstrzymało oddech. Lata wsparcia, pomoc humanitarna, otwarte granice, miliony serc i dłoni – wszystko to zdawało się wołać o chociażby symboliczny gest wdzięczności. Ale zamiast tego usłyszeliśmy… ciszę. Zero punktów. Ani jednego.

To nie był przypadek. To był wybór.

Dwanaście punktów, które mogły być hołdem za braterstwo, powędrowało do Niemiec – kraju z dużo bardziej zdystansowaną postawą wobec ukraińskich losów. I choć Eurowizja to nie ONZ, a punkty nie są rezolucjami, ten gest był jak zimny prysznic. Uczy nas, że w międzynarodowym teatrze, dobroć nie zawsze spotyka się z uznaniem, a sojusze bywają papierowe, dopóki nie przychodzi czas na działanie.

To właśnie wtedy zobaczyliśmy prawdziwe oblicze Eurowizji – nie tej z kolorowych scen, ale tej z politycznych korytarzy. I to lustro, niestety, nie odbija już muzyki. Odbija interesy.

 

Eurovision-2015-ukraina
error: Zakaz kopiowania treści