Nikt nie chce pokoju. Wszyscy chcą narracji
Kiedy patrzę na światowe nagłówki, mam wrażenie, że pokój stał się już tylko rekwizytem. Każdy go trzyma, każdy nim macha, każdy udaje, że go chce – ale nikt nie jest gotów za niego zapłacić własną ceną. Trump, Putin, Zełenski, Europa, USA – wszyscy grają w tę samą grę, tylko każdy w innym kostiumie. A my? Publiczność w teatrze, który płonie.
Wojna w Ukrainie nie kończy się nie dlatego, że brakuje dyplomatów, tylko dlatego, że zbyt wielu na niej korzysta.
Dla Stanów Zjednoczonych to test poligonu, ale i księgowy raj. Osłabienie Rosji bez wysyłania własnych żołnierzy? Interes dekady. Kontrakty na broń? Lecą jak fajerwerki w sylwestra – tylko że te fajerwerki zabijają, a nie cieszą. I jeszcze najlepsze: rachunek, zamiast na biurko Waszyngtonu, ląduje na kolanach Europy. A kolana mam chore – więc wiem, jak to jest dźwigać cudzy ciężar.
Europa w tej historii nie jest graczem. Jest pionkiem. Rozbrojona militarnie, uwiązana własnymi regulacjami, opłatami CO₂, biurokracją i zadłużeniem, które przypomina studnię bez dna. Łatwo wtedy powiedzieć: „to przez wojnę”. Wygodnie jest mieć wroga za drzwiami, gdy trzeba przykryć własny bałagan w salonie.
A Ukraina? To nie naród nie chce pokoju. To system. Oligarchiczny układ, który pączkuje na każdej pompie pomocowej. Im więcej miliardów płynie, tym więcej znika. Afera z dronami kupionymi od Czech z przebitką 20x? Wierzchołek góry lodowej. A ta góra jest pewnie większa niż Ślęża, a lodu więcej niż w styczniowej Wiśle. Ile takich transakcji nigdy nie wypłynęło? Nie wiem. Wiem tylko, że gdy ginie prawda, rodzi się propaganda.
Rosja? Tam też nie rządzą ideały, tylko interesy. Gospodarka w trybie wojennym to dla jednych tragedia, dla innych żyła złota. Ci, którzy mają fabryki, liczą zyski. Ci, którzy mają synów, liczą trumny. I kiedy ktoś mówi mi, że to wojna o wartości – przypomina mi się płyta indukcyjna: ładnie wygląda, ale pod spodem są cewki, które robią całą robotę, niewidoczne dla oczu.
Po każdej stronie zwykli ludzie chcą tylko jednego: żyć. kochać, pracować, planować przyszłość, wychowywać dzieci. To elity potrzebują wojny. My potrzebujemy tylko jutra.
Dlatego nie wierzę już w polityczne deklaracje. Wierzę w analizę interesów, w statystyki strat, w ludzkie historie i w intuicję, która podpowiada mi, że świat nie upadnie od braku pokoju, tylko od nadmiaru tych, którzy udają, że go chcą.
A jeśli mam zostawić Cię z jednym zdaniem, to będzie ono proste:
Elity planują wojny. Ludzie planują życie. Oby w końcu ktoś pozwolił im je dokończyć.
