Czas czytania w minutach: 4

Nie odbudowywać ruin

Po co odbudowywać zniszczone. Lepiej zbudować coś nowego – lepszego – bez tych, którzy to zniszczyli.

Nie chcę już odbudowywać świata, który został zniszczony przez tych samych ludzi, którzy dziś podają się za jego ratowników. Nie chcę brać udziału w tym teatrze, gdzie pod gruzami leżą wartości, a na scenie stoją ci, którzy trzymali młot. Coraz częściej myślę, że odbudowa „tego, co było”, to nie jest naprawa — to konserwacja patologii.

Bo to nie runęło przypadkiem. To zostało rozmontowane świadomie. Krok po kroku. Przez decyzje, chciwość, tchórzostwo i milczenie. Przez ludzi, którzy mówili, że „tak trzeba”, że „nie ma alternatywy”, że „to dla naszego dobra”. A teraz, gdy wszystko śmierdzi spalenizną, ci sami ludzie chcą być architektami przyszłości. Bez rozliczeń. Bez wstydu. Bez refleksji.

Nie.
Dość.

Te czasy są brutalne, bo obnażają prawdę. Zrywają zasłony. Pokazują, kto był kim, gdy gasło światło. I to boli, bo łatwiej było wierzyć, że „system” jest wadliwy, ale jednak do naprawy. Że wystarczy zmienić kilka nazwisk, przestawić meble, pomalować ściany. Tylko że fundament jest zgniły. A na zgniłym fundamencie nie stawia się domu — co najwyżej pomnik własnej naiwności.

Dlatego myślę, że nie trzeba odbudowywać. Trzeba zbudować od nowa. Prościej. Uczciwiej. Mniej „zarządzania”, więcej odpowiedzialności. Mniej wielkich haseł, więcej zwykłej przyzwoitości. Bez tych, którzy wszystko zniszczyli i jeszcze chcą wystawić fakturę za remont.

Nowe nie potrzebuje ich zgody. Nowe nie musi ich zapraszać. Nowe rodzi się zawsze gdzie indziej — poza systemem, poza kamerami, poza salami konferencyjnymi. W rozmowach zwykłych ludzi, w małych decyzjach, w odmowie udziału w kłamstwie. W momencie, gdy ktoś mówi: ja w tym już nie gram.

To nie jest rewolucja z pochodniami. To jest cicha secesja. Wyjście z chorej gry. Zbudowanie czegoś obok — nie przeciwko, ale poza. I może właśnie dlatego to jest dla nich najgroźniejsze.

Bo świata nie zmienia się przez naprawianie ruin.
Świat zmienia się wtedy, gdy ruiny przestają być punktem odniesienia.

Te „zajebane czasy” mają jeden sens

One nie są po to, żebyśmy:

  • byli posłuszni,

  • wrócili „do normalności”,

  • odbudowali to, co było.

One są po to, żeby:

  • zobaczyć, kto niszczył,

  • kto milczał,

  • kto korzystał,

  • i kto mimo wszystko próbował być człowiekiem.

To jest moment selekcji wartości, nie ludzi.

Nowe nie rodzi się z kompromisu

Każda prawdziwa zmiana w historii:

  • nie zaczynała się od zgody starych elit,

  • nie była planowana w gabinetach,

  • nie była „inkluzywna” wobec tych, którzy żerowali na ruinach.

Nowe zawsze rodziło się:

  • na marginesach,

  • w małych wspólnotach,

  • w głowach ludzi, którzy powiedzieli „dość”.

Bez zemsty.
Bez nienawiści.
Ale też bez powrotu.

Prawdziwe pytanie brzmi:

Jak budować nowe, żeby samo nie stało się kolejnym zniszczeniem?

Nie odbudowywać ruin
error: Zakaz kopiowania treści