Zestawmy dwie rzeczywistości.
W pierwszej świat inwestuje miliardy w blockchain, fundusze ETF na Bitcoina stają się fundamentem amerykańskich rynków, a państwa gromadzą BTC w rezerwach niczym złoto XXI wieku.
W drugiej… Polskę. Kraj, w którym część klasy politycznej wciąż wierzy, że blockchain to bańka na Game Boya, a Bitcoin zaprojektował „ruski haker z piwnicy”.
Efekt? Gdy globalny rynek wart biliony dolarów zmienia architekturę światowych finansów, polscy politycy dyskutują, czy „krypto spada, bo prezydent zawetował ustawę”. Serio. Właśnie tak — według naszej rodzimej narracji Wall Street, BlackRock i reszta cywilizowanego świata z wstrzymanym oddechem patrzą na Warszawę. Bo przecież każdy wie, że krzyk posła z mównicy ma większy wpływ na kurs BTC niż odpływ globalnej płynności czy cykl halvingowy.
Treść strony
ToggleKto naprawdę traci na inwestycjach?
Polacy od lat topią oszczędności w Lotto, Forexie, polskich akcjach i obligacjach — wszystko to pięknie nadzorowane i certyfikowane.
Ale dopiero kryptowaluty mają być „zagrożeniem narodowym”.
Dlaczego?
Bo wreszcie jest na co zrzucić winę.
Prawda jest banalna:
Nie krypto oszukuje ludzi.
Ludzi oszukują oszuści, którzy podpinają się pod modne słowo „kryptowaluty”.
Tak samo jak robią wyłudzenia BLIKIEM, PayPalem czy gotówką.
A jakoś nikt nie woła o zakazanie bankomatów, przelewów czy aplikacji płatniczych.
Coinplex?
Klasyczna piramida, która używała kryptowalut nie bardziej niż Amber Gold używało złota.
Ale zamiast edukować społeczeństwo różnic między rynkiem a oszustwem — łatwiej wrzucić wszystko do jednego worka i nazwać „aferą krypto”.
Sejmowy kabaret technologiczny
Gdyby ktoś chciał nakręcić polską wersję „The Office”, niech zacznie od nagrania posiedzeń Sejmu dotyczących kryptoaktywów.
Wystarczy posłuchać:
– o „stablecoinach, które się nie stablują”,
– o „eferium”,
– o rzekomym praniu pieniędzy szybciej niż BLIK,
– o „blokhejmie”, który brzmi jak aplikacja do zamawiania kebaba z dostawą pod blok.
Serio, na tle takich perełek nawet satyra traci sens, bo rzeczywistość sama pisze najlepsze żarty.
A potem jeszcze dumny komunikat:
„Weto prezydenta to cios w globalistyczny spisek!”
Albo przeciwnie:
„Weto prezydenta to prezent dla oszustów i Putina!”
Dwa obozy, dwie narracje, jedna wspólna cecha:
zero zrozumienia technologii.
Polska — kraj wiecznego „zarządcy”, nie premiera
Gdy zachód inwestuje w przyszłość, my mamy polityków, którzy bardziej przypominają syndyków masy upadłościowej: rozsprzedają co się da, blokują, co się nie da, i realizują interesy tych, którzy akurat krzyczą najgłośniej zza granicy.
Na Polaka — zawsze brakuje:
– na ochronę finansową,
– na wynagrodzenia pielęgniarek,
– na budżetówkę,
– na polskie firmy.
Ale na realizację unijnych dyrektyw dławiących gospodarkę?
Zawsze znajdą się miliony.
To nie jest rządzenie.
To jest zarządzanie upadłością kraju, z narodem jako niepotrzebnym balastem.
Weto, odrzucenie weta i polityczne Bingo
Gdy ustawa wróciła do Sejmu, posłowie zrobili to, co wychodzi im najlepiej — kłócili się o to, czego nie rozumieją.
Ostatecznie weto utrzymano, rząd mówi o „planie B”, a cała branża krypto patrzy na to jak na tragikomedię, którą trudno nawet zrecenzować.
A premier?
Zamiast realnej reformy wyciąga asa z rękawa:
„Pan prezydent musi uważać, bo łączą go z kryptoaferą.”
Afera, której… nie ma.
Bo jedyne, co faktycznie istnieje, to chaos przepisów i niekompetencja tych, którzy je tworzą.
Prawdziwy problem
Nie Bitcoin.
Nie blockchain.
Nie kryptowaluty.
Tylko:
– brak wiedzy finansowej,
– brak edukacji,
– brak kompetencji polityków,
– brak odpowiedzialności za słowa,
– straszenie ludzi technologią, której nikt nie chce zrozumieć,
– media, które mylą kryptowaluty z piramidami finansowymi.
Gdyby głupota była kryptowalutą, Polska miałaby największy market cap w Europie.
Co dalej?
Nic nowego.
Ustawy będą pisane na kolanie, konsultacje będą fasadowe, a politycy znów będą odczytywać z kartki słowa, których nie potrafią wymówić.
Branża będzie uciekać do Dubaju, na Maltę, do Estonii.
A Polacy dalej będą karmieni opowieścią, że to „kryptowaluty są zagrożeniem”.
A zagrożenie jest gdzie indziej — tam, gdzie ustawy piszą ludzie, którzy technologii nie rozumieją i rozumieć nie chcą.
