8400 zakładów, 40 milionów świadków, 0 rozliczeń
Internet miał być przestrzenią wolności.
A stał się bazarem, na którym Polskę sprzedawano na raty.
Pamiętam tamte lata. Zachłyśnięcie wolnością po 1989 roku miało smak świeżego powietrza, ale też krótką datę ważności. Zanim ktokolwiek zdążył zapytać „jak?”, system odpowiedział: prywatyzacją bez hamulców, restrukturyzacją bez planu, i transformacją bez ochrony interesu narodowego.
Dziś mówi się o „reformach”, o „przejściu na gospodarkę rynkową”, o „koniecznych zmianach”. Ale gdy patrzę na liczby – tysiące zamkniętych stoczni, hut, fabryk, kopalń, zakładów, które były filarami kraju – nie widzę reform. Widzę wyburzenie fundamentów pod budowę cudzego domu.
Każdy kolejny rząd po 1989 roku dokładał swoją cegłę do demontażu. Jedni sprzedawali szybciej, inni wolniej, niektórzy próbowali to zatrzymać, ale system miał już ustawione tory. Strategiczne przedsiębiorstwa znikały jak pociągi z dworca, na który nikt nie kupił biletu powrotnego.
Najbardziej boli mnie nie sama wyprzedaż.
Najbardziej boli brak rozliczeń.
Gdzie są trybunały za decyzje gospodarcze, które zrujnowały całe regiony?
Gdzie są komisje za umowy podpisywane pod stołem?
Gdzie jest choćby jedna cela z tabliczką: „tu siedzi odpowiedzialność polityczna”?
Nie ma.
Została narracja, że „tak musiało być”.
Że „inaczej się nie dało”.
Że „winny jest kontekst historyczny”.
A ja mówię: kontekst nie cyklinuje sumienia.
Bo sumienie nie znika przez upływ czasu.
Znosi je dopiero brak pamięci narodu.
A pamięć Polaków – o zgrozo – ma czasem mniejszą pojemność niż pendrive z 2010 roku.
Rozbito nas skuteczniej niż zakłady przemysłowe.
Podzielono emocjonalnie, ideowo, medialnie.
Każdy ma rację, nikt nie ma wspólnego celu.
I gdy dziś ktoś krzyczy „zjednoczmy się!”, brzmi to jak echo w pustej hali po fabryce, która kiedyś zatrudniała tysiące ludzi.
Mimo to wierzę, że nie wszystko stracone.
Nie dlatego, że system się zmieni.
Ale dlatego, że Polak zmienia się dopiero, gdy już nie ma nic do stracenia – a wtedy zaczyna być niebezpieczny dla status quo.
Niech więc ten tekst będzie iskrą.
Nie tą sylwestrową, kolorową i ładną do zdjęć.
Tylko tą, która spada na proch.
Bo jeśli jest zbrodnia, to ja nie pytam, kiedy będą zasady.
Ja pytam: kiedy będzie kara?
